sells gorzów
masita gorzów
GrabaNożnaPozostałeDo kawy

Igrzyska są łatwiejsze niż eliminacje do nich

Już po mistrzostwach, Polacy za burtą igrzysk. Kto wie, kiedy powtórzy się taka szansa. Nie jest łatwo przejść eliminacje w strefie UEFA, jeszcze trudniej wygrać w finałach dwa pierwsze spotkania, które od dawna nazywa się u nas „meczem otwarcia” i „meczem o wszystko”. Ostatnią biało-czerwoną ekipą, która wygrała w grupie trzy na trzy, była armada z 1974 r. W przypadku obecnych olimpijczyków była to nie tylko życiowa szansa na awans, ale i na osiągnięcie poważnego sukcesu. Europejska elita się „wycięła”, nie było już Portugalii, Anglii, Włoch, Belgii, mieliśmy realną szansę na ćwierćfinał, czyli na grę w meczu, którego wygrać „nie trzeba”, o strefę medalową. Zagra przecież w Tokio jakieś siedem-osiem poważnych ekip. Cztery z Europy, dwie z Ameryki Pd., gospodarze, może jakaś dobra drużyna afrykańska, czy jakiś czarny koń. Pozostali znajdą się tam tylko dzięki tzw. kluczowi geograficznemu. Same igrzyska są łatwiejsze niż eliminacje do nich. W przypadku Mundialu jest dokładnie na odwrót.

Polscy piłkarze mieli już jechać na Igrzyska do Antwerpii w 1920 roku, ale były ważniejsze sprawy. Gdy król Belgii otwierał imprezę, a biało-czerwoni do wyjazdu na mecz z gospodarzami szykowali się na zgrupowaniu, pod Warszawę nadciągały sowieckie wojska. Trenerem drużyny był Amerykanin Chris Burford, … kapitan US Army. Kiedy w końcu opadła pożoga wojenna, ustalono granice, skończyły się powstania, scalono tory kolejowe, postanowiono całą piłkarską ligę poświęcić dla Igrzysk w Paryżu. Poświęcić, czytaj zawiesić rozgrywki na cały sezon. Kadra pojechała, dostała 0:5 z Węgrami, i mogła szykować się do … wznowienia ligi. Potem dano sobie spokój, zresztą na wylot do Los Angeles ciężko znaleźć byłoby fundusze. Pozostało się cieszyć z wielkich sukcesów polskich pilotów, jak np. wygranej Żwirki i Wigury w Challengu, czy złota Kusocińskiego.

W końcu igrzyska przywędrowały bliżej Polski, najbliżej jak się da, bo do III Rzeszy. Drużyna polska, złożona głównie z zawodników klubów śląskich, niestety bez lidera Wilimowskiego, oraz z graczy z Warszawy i Poznania, w tym jednego drugoligowca, zaczęła rozgrywki znakomicie. Najpierw 3:0 z amatorami z Węgier (zawsze to jednak nauczyciele polskiego futbolu) oraz 5:4 z Wielką Brytanią dało awans do ćwierćfinału. Tam czekali Peruwiańczycy, ale po porażce 2:4 protest wniosła Austria, i rozpoczęła się futbolowa „wojna”. Austriacy krzyczeli, że zostali rzekomo zaatakowani przez kibiców z Ameryki, MKOl. nakazał powtórzyć mecz, na to nie zgodzili się zwycięzcy, aż w końcu doszło do zadym i demonstracji pod ambasadami w Limie. W końcu Polacy zagrali z Austrią – tzw. amatorami, i po porażce pozostał im mecz o brąz. Tutaj o bramkę lepsi byli Norwegowie – już „normalna”, pierwsza reprezentacja, ale samo pokazanie się w piłkarskim świecie przy 80 tysiącach widzów było dużym sukcesem. Ostatniego gola strzelił słynny Teodor Peterek, którego serię meczów z bramkami w lidze pobił dopiero Leo Messi, i który kilka lat po wojnie trenował przez sezon piłkarzy Stilonu. Zresztą przy Myśliborskiej grał też syn Peterka, mistrz Polski juniorów, który dodatkowo był niezłym tenisistą stołowym.

Po wojnie Polacy chcieli jechać na igrzyska do Londynu w 1948 r. Chcieć a móc, to dwie różne sprawy. Najpierw przyszła porażka w towarzyskim meczu z Duńczykami – jedyny mecz Kazimierza Górskiego – 0:8, a potem okazało się, że wylosowano USA. Jedni twierdzą, że oddaliśmy walkowera, bo forma piłkarzy była delikatnie mówiąc nie najlepsza, inni, że spotkanie z „wrogiem” zostało odwołane z przyczyn politycznych. Tym samym odpadła szansa zagrania ze słabiutką – 0:9 z Włochami – drużyną na stadionie londyńskiego Arsenalu.

Cztery lata później do igrzysk dołączył już ZSRR, a to oznaczało, że i my musieliśmy jechać. Wcześniej rozegrano przyspieszoną, skróconą ligę oraz Puchar Zlotu Młodych Przodowników. Wyselekcjonowana na tym pucharze kadra (pięciu zawodników z Bytomia!) z Gerardem Cieślikiem czy Edwardem Szymkowiakiem rozpoczęła od 2:1 z Francją. W zasadzie to była pewnie drużyna zawodników z Ligue C, czy czegoś w tym stylu. Francuska prasa nie podała nawet składu swojego zespołu, polska piała za to zachwytu. Potem było 0:2 z „prześladującą” przez lata Polaków Danią i można było szykować się do powrotu do kraju.

W 1956 r. była szansa na egzotykę. Polacy przed Melbourne wylosowali grupę z Australią, Indiami i Tajlandią, zwaną wtedy Syjamem. Po raz kolejny kierownictwo polskiego sportu postanowiło zrezygnować. Z kolei do Rzymu odbywały się już po raz pierwszy eliminacje. Finlandia i amatorzy z RFN byli łatwymi rywalami. Cztery wygrane i piętnaście strzelonych bramek, a następnie sześć wbitych Tunezji na pierwszym meczu Igrzysk. Potem ponownie Dania, ponownie porażka, i po 0:2 z amatorami z Argentyny powrót ekipy pod wodzą Francuza Prouffa. Na tarczy.

W 1964 r. wylosowaliśmy Włochów, podobno amatorów, ale jako że grali w tej drużynie poważni gracze zawodowi z Serie A, przyznano nam prawo gry w Tokio. Unieśliśmy się honorem i nie pojechaliśmy do Azji. Cztery lata później marzenia o igrzyskach wybili już w pierwszej rundzie eliminacji zawodnicy ZSRR. Kolejne pokolenie nie odniosło sukcesu. A trzeba przecież przyznać, że IO były imprezą od lat 30-tych znacznie niższej rangi niż Mundial. Dość powiedzieć, że grały na nich Litwa, Łotwa, Estonia, Luksemburg (sześć razy!), a potem ciągle dobijające się do czołówki światowej Wenezuela, Gwatemala, czy Zambia.

W końcu udało się. Przyszła era trenera Górskiego i jego wielkiej ekipy. Ale nie byłoby tego złota, gdyby nie Hiszpan Quini, któremu polski futbol wiele zawdzięcza. Awans wisiał na włosku do ostatniej kolejki. Najpierw w Starej Zagorze słynny Paduranu wykartkował naszych zawodników, w tym protestującego Lubańskiego, i zamiast 1:0 skończyło się na 1:3 dla Bułgarów, którzy na dodatek zlali hiszpańskich amatorów 8:3. Polacy strzelili im tylko cztery bramki łącznie w dwóch meczach. Decydujące znaczenie miały ostatnie dwa pojedynki. Najpierw Banaś, i w ostatnich minutach Marx, wbili trzy bramki Bułgarom, a potem niesamowity Quini „ustrzelił” hattricka, na 11 minut przed końcem wyrównując stan meczu. To dało awans Polakom, i rozpoczęło drogę do Wembley, czy medalu w 1974 r.

Same igrzyska obfitowały w kultowe mecze. Polacy bili się z pozostałymi poważnie traktującymi IO zespołami z demoludów. Dla krajów z naszego bloku obowiązywało hasło: „sport to wojna minus strzelanie”, dlatego tak ważne były worki medali czy wygrane w kolarskim „Wyścigu Pokoju”. 2:1 z NRD, 2:1 w meczu o wszystko z ZSRR, i 2:1 w finale z Węgrami. O tych meczach napisano już wszystko. Warto powiedzieć, że w meczu ze sborną na boisko miał wejść Jarosik, ale kiedy Górski rzucił do niego: „wychodzisz na boisko”, piłkarz Zagłębia Sosnowiec „obraził się”. Wszedł Szołtysik i na trzy minuty przed końcem dał gola dającego finał. Złoty medal zdobył m.in. wychowanek Iskry Wymiarki, Zbigniew Gut.

W 1976 r. niewiele gorszy rezultat, srebro, przyjęto jak klęskę, a krytyki nie wytrzymał nawet trener Górski, którego zwolniono. Najpierw 0:0 z Kubańczykami (co ciekawe zaraz potem rozegra się o wiele ważniejszy mecz siatkarzy Wagnera, cudem wygrany 3:2, także z Kubą!), potem męki z Iranem, puste miejsce w terminarzu po bojkocie Nigerii, zabawowy ćwierćfinał z KRL-D, i pewne 2:0 z brazylijskimi amatorami. W sumie medal nie mógł cieszyć, bo tak naprawdę NRD była pierwszym poważnym przeciwnikiem. Poza tym w Montrealu był rekordowy wysyp medali, a ósmy złoty, w tym drugi w sportach zespołowych, ucieszyłby nie tylko sztab propagandy sukcesu samego Edwarda Gierka.

Na tym zakończyła się „pierwszoreprezentacyjna” historia kadry olimpijskiej. W kolejnych eliminacjach były już inne przepisy. Mogli grać zawodnicy, którzy nie uczestniczyli wcześniej w zawodach rangi MŚ, potem już tylko piłkarze do lat 23. Przed Moskwą wylosowano CSRS i Węgrów, i już nie udało się awansować na igrzyska. Była to drużyna, w której to obok Janasa, Majewskiego czy Kupcewicza, grali np. tragicznie zmarły Burzyński, który później wyskoczy z balkonu, popełniając samobójstwo, czy Adam Topolski, „najlepszy obrońca Polski”, który w 2009-10 poprowadzi w lidzę gorzowski Stilon.

W eliminacjach do Los Angeles awans był na wyciągnięcie ręki. Przegraliśmy z NRD, ale wygraliśmy w rewanżu, pozostali rywale byli słabiutcy. Kiedy wystarczyło w ostatnim meczu pokonać w Lublinie choćby jedną bramką Duńczyków, piłkarzy „sparaliżowało”. A może wiedzieli już, że i tak nie pojadą na igrzyska, bo Komitet i partyjniacy za nich „zdecydowali”? Warto przypomnieć niektórych graczy z tej ekipy. Kazimierski, Król, Wdowczyk, Wandzik, Kensy, Kubicki, Wijas, Zgutczyński, Leśniak, Ostrowski, Furtok, Karaś, Miłoszewicz, Romke, Pękala, zmarnowane pokolenie lat 80-tych, i nie tylko o ten ostatni mecz chodzi.

Do Seulu szykowano się jeszcze poważniej. Rozpoczęło się jednak słabo. Remis z Rumunami, 1:5 w „bombkę” w Osnabruck z RFN, oraz przegrana u siebie z Danią, i wszyscy już postawili krzyżyk. Nagle odżyła szansa. Roman Hurkowski, inżynier akustyk i dziennikarz Piłki Nożnej, „człowiek który zatrzymał Danię”, wywęszył, że Per Frimann nie miał prawa grać w Szczecinie. Wpadły gratis dwa punkty, a potem po wygranej w Grecji, oraz udanych meczach u siebie wszystko było możliwe. O wszystkim decydował bój na Stadionie Śląskim z Niemcami. Polacy prowadzili do ostatniej minuty 1:0. Niestety, Frank Mill pokazał, czym jest definicja piłki nożnej według Garego Linekera. Zdjęcie polskiej ławki zrobione w 90 minucie, z Leśniakiem i trenerem Podedwornym na pierwszym planie, można zatytułować „To się nie dzieje”. Do Seulu nie pojechali więc „Valdano”, Wandzik, „Gucio” Warzycha, Rudy, Furtok, Więzik, Iwanicki, Piekarczyk, Kosowski, Grembocki, Prusik i inni. Pozostał almanach nazwany „Rocznik Polskiego Piłkarstwa 1988”, w którym można poczytać o udanym dla olimpijczyków Pucharze Nehru w indyjskim Siliguri, gdzie Polacy przegrali tylko z przyszłymi zwycięzcami z Seulu. Po ostatnim meczu eliminacji Leśniak zwiał do Bayeru Leverkusen, i wkrótce PRL dostała leki za 2 mln marek. Zaraz potem jego śladem podążył Rudy, a prasa grzmiała: „Niemiecka mafia zabiera nam piłkarzy. Kto następny. Warzycha?”

Przed eliminacjami do Barcelony wydawało się, że znów się nie uda. Anglia, Irlandia, do tego Turcja. Ale rozpoczęło się znakomicie. 1:0 na stadionie Tottenhamu po golu Adamczuka, zwycięstwo w Izmirze po golu kilka lat temu znalezionego martwego w mieszkaniu Adama Grada, potem kolejne wygrane kadry śp. „Wójta”, na koniec 2:1 z Anglikami w Pile, przy 12 tys. widzów, po koncercie Juskowiaka. Ale to jeszcze nie dawało awansu. Trzeba było przejść jeszcze ćwierćfinał. Po piekle w Aalborgu, czyli 0:5 z Danią z nazywanym tam „Fucking Polak” Onyszką w bramce wydawało się, że jest po zawodach. Okazało się, że podobnie jak niegdyś Quini, pojawił się niejaki Alex McRae. Szkot strzelił w ostatniej chwili gola Niemcom, i wprowadził swoją drużynę, grającą o ME Under-21, a nie igrzyska, do półfinałów. Szukano więc najlepszych z pokonanych. Polacy mieli 13 pkt. w 8 meczach, Niemcy 9 pkt. w 6 meczach. Mieliby tyle samo, ale wcześniej wylosowali grupę z … NRD, która to grupa po zjednoczeniu się skurczyła. Tym samym kuchennymi drzwiami z kodem 0,125 Polacy dostali się na igrzyska. Morał z tej bajki jest taki: gdy w ostatnim meczu wystarczy ci do wyjścia z grupy remis, graj do końca o wygraną, bo a nuż te kilkanaście tysięcznych dzięki bramce w 88 minucie przesądzi później o wszystkim.

Co było dalej, pamiętamy. Kuwejt, Włochy, USA, Katar, miazga Australijczyków, i wymarłe miasta podczas finału z Hiszpanią. Najlepszy polski piłkarz, Janusz Gdyby, po latach wspomina, co by było, jakby Koźmiński nie wybił tej piłki na rzut rożny.

Od tamtej pory minęło już trochę, w zasadzie całe pokolenie. Nie udało się już siedem razy. Najpierw do Atlanty startowała ekipa trenera Mieczysława Broniszewskiego. Spisywała się nieźle, lepiej niż grająca w równoległej grupie kadra A. Ale 0:4 z Francuzami u siebie rozwiało nadzieje. Do Stanów nie pojechali więc np. Bąk, Kałużny, Szymkowiak, Ledwoń, Kryszałowicz, Citko, Kukiełka, czy Rząsa.

Szanse pojawiły się przed Sydney. Co prawda drużyna olimpijska uplasowała się w grupie za Anglią, ale dla drugich też szykowano możliwość awansu. Znów nie udało się, na drodze stanął gorszy bilans goli w barażach z Turkami. Kolejne pokolenie, w tym złoci juniorzy do lat 16: Bledzewski, Terlecki, Szulik, Magiera, plus Kosowski, Wichniarek, Saganowski, nie dało rady. Mimo 3:1 z Anglikami w Płocku, mimo 2:1 ze Szwedami na wyjeździe. Takie wyniki kadry A były w sferze marzeń. Towarzyski epizod „selekcyjny” w tej kadrze zaliczył Adam Więckowski.

Ekipa na Ateny wygrała znowuż swoją grupę zdecydowanie, bijąc Szwedów, a potem przywiozła bramkowy remis z barażu w Białorusi. Cóż z tego, skoro skompromitowała się we Wronkach. 0:4 i koniec marzeń. Przed Pekinem było jeszcze gorzej. Dwa mecze, porażka z Portugalią, i rozwiązano kadrę. Nie było bowiem już po wstępnej rundzie żadnych szans dla ekipy z Błaszczykowskim, Piszczkiem, czy wychowankami lubuskiej piłki: Łukaszem Fabiańskim i Dawidem Kucharskim, w składzie. Przed 2012 Polacy okazali się już gorsi nawet od Finów, wyprzedzając tylko Liechtensten (sic!), a przed 2016 we frajerski sposób przegrali w ostatnim meczu z Grekami. W ostatnich dniach obserwowaliśmy „odrodzenie” młodzieżówki, udało się pokonać Portugalię, Belgię, Włochów, gdzie nie tak dawno nie udawało się wygrywać z Wyspami Owczymi, a bramki strzelał jedynie Dawid Kownacki. Cóż z tego, skoro „klucz jest kluczem”, i miejsce jest tylko dla europejskiej superelity, a nie średniaków pretendujących do elity. Tym samym na razie nie doczekamy się kolejnego wychowanka Stilonu na igrzyskach.

Autor: Tomasz Grabowski.
Fotografie pochodzą ze zbiorów autora z albumu PZPN na 75-lecie i wydawnictwa Olimpijska’91.

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz również

Close
Back to top button
Close
Close