sells gorzów
masita gorzów
GrabaNożnaPozostałeDo kawy

Mity „zwycięskich remisów”

Oglądanie popisów polskich zespołów w pucharach niektórzy nazywają „masochizmem”. Jeszcze jakieś trzydzieści lat temu – „wybredni” kibice, pamiętający medale, Górskiego, wielkie mecze – narzekali po porażce czy remisie wyjazdowym osiągniętym w Szwajcarii, Austrii, czy Turcji. Narzekano, że udało się ledwie 3:0 albo 4:0 pokonać islandzki IBV czy inny Pezoporikos Larnaka albo Glentoran Belfast. Pewien „radykał”, podpisany „kibic od sześćdziesięciu lat” przysłał do Piłki Nożnej w 1987 list. Zażądał po ostatnich wynikach – 1/8 Mundialu, remis z Holandią, porażki z Węgrami i Grecją, remis z Cyprem, wyeliminowanie Olympiakosu i odpadnięcie po meczach z Glasgow Rangers, Realem Sociedad i Hellasem Werona polskich drużyn, zawieszenia kontaktów międzynarodowych, wycofania się, i zrobienia porządku. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Kiedy jakby wczoraj oglądałeś Deynę i Szarmacha, narzekasz na Piechniczka, Łazarka, Leśniaka, Tarasiewicza. Kiedy od lat biją cię Astana, Szerif, Dudelange, cieszysz się jak dziecko z 3:0 z pasterzami, eskimosami, bankierami czy filatelistami

Rok po apelu kibica o mały włos, a polskie drużyny wyrzuciłyby Real i Barcelonę, i to w jednym dniu. Sytuacja który nie powtórzy się już. Brakło parunastu minut, doświadczenia, albo niektórym, jak Pachelskiemu, zabrakło spokoju, żeby utrzymać ciśnienie podczas karnych. Tym samym polska piłka straciła niepowtarzalną szansę zdobycia „skalpów”, tj. wyrzucenia z pucharów drużyn nr 1 i 2 w tabeli wszechczasów pucharów. W tej nieoficjalnej klasyfikacji prowadzi zdecydowanie Widzew, który wyeliminował: Juventus (nr 4), Liverpool (nr 5), ManUtd (nr 9), a ponadto Rapid Wiedeń (35), Borussię Monchengladbach (52), ManCity (73). Takiego dorobku nie ma nikt, i długo mieć nie będzie. Pewnie dlatego sędzia Roman Kostrzewski, który „ukradł” Stilonowi ekstraklasę podczas meczu w Łodzi, mówił po latach: „głupio byłoby żeby Stilon wszedł, a nie taka marka jak Widzew”

Po remisie w Gibraltarze pojawiły się komentarze: „wracają mroczne czasy lat 90-tych”. Pisał to chyba jakiś mentalny gimbazjalista. Te mroczne czasy, to np. awans do półfinału PZP Legii po wyrzuceniu najlepszego wówczas zespołu Europy (świata), lidera najbardziej galaktycznej Serie A, Sampdorii. Ta sama Legia w polskiej lidze pałętała się koło 10-11 miejsca, i niedługo później walczyła o życie, tj. o utrzymanie w „dziadowskiej polskiej lidze” w Lublinie. Dwa pamiętne awanse do Ligi Mistrzów (jeszcze tej klasycznej, 16 czempionów). GKS wyeliminował Bordeaux. Ruch zagrał w finale Intertoto. Nie bały się zespołów typu Monaco, Manchester, Parma, Borussia, nie tylko Widzew, Wisła, ale nawet Hutnik Kraków, czy drugoligowa Miedź Legnica. GKS postraszył Benficę, Legia po golu Łatki uciszyła stadion Camp Nou, dwa razy popłynął Panathinaikos, a potem Orest Lenczyk z zespołem Białej Gwiazdy dokonał cudu, odrabiając 1:4 z Saragossy. Dziś nie pytamy o to kiedy wygramy z zespołem hiszpańskim, ale o to kiedy z nim zagramy. Owszem zdarzyła się czasem wpadka, GKS przegrał z Araratem Erewań, ale do 2001 nie było jakichś wielkich plam. 

Festiwal niemocy rozpoczął się widowiskiem na stadionie Twardowskiego w Szczecinie, kiedy to w ostatnich minutach Pogoń dała sobie strzelić gola pasterzom, rybakom i rzemieślnikom z Fylkiru Reykjavik. Dwa lata później przebił to wszystko GKS Katowice ulegając Cementarnicy Skopje. Na 1106 drużyn występujących do tej pory w pucharach macedończycy znajdują się na 891 m-cu. Zagrali raz, cztery mecze, dwa zremisowali, wyrzucili katowiczan, potem dwa mecze przegrali. Do tamtej pory Cementarnicą polskiej piłki mogło być Wembley, a nie jakieś bałkańskie pobojowisko. Potem już „poleciało”. Wisła Kraków, która dopiero co masakrowała Schalke i Parmę, popłynęła na Gruzinach, a zaraz potem na Norwegach z Valerengi i Estończykach (!). Nie były gorsze Wisła Płock, która uległa Łotyszom, oraz Odra Wodzisław, która uległa amatorom z Irlandii. Przyszedł 2010 rok. Euforia piłkarska, Euro, stadiony. Warunki, akademie, dietetycy, operatorzy, loga, transmisje, kolorowe magazyny, piękne studia pomeczowe. Nic, tylko grać. A oto dorobek dekady. Karabach Agdam, Irtysz Pawłodar, APOEL Nikozja, Żalgiris Wilno, Stjarnan, Omonia Nikozja, Skendija Tetovo, Astana, Qabala, Szerif Tyraspol, Dudelange, wymęczony remis na pograniczu Europy i Afryki. W sumie, patrząc na chłodno, jeśli ze stadionu College Europa jest bliżej do Maroka, niż z Warszawy do Sochaczewa, to może czas by mistrz Polski zgłaszał się teraz do CAF. Może w końcu uda się coś ugrać na piaskach w Czadzie czy Erytrei czy innym Eswatini. 

Przez pewien czas było to nawet śmieszne. Naprędce sklecane zbieraniny szrotu, posiadające w „cv” Atletico C, albo Real B (Leon, nie Madryt), jacyś przybysze z Iranu, Indonezji, Gambii, Patafianoviće, Drewnialićie, Nieudolnokopaićie, reprezentant Afganistanu zamiast młodzieży w kadrze ekstraklasowca. Śmiechy się kończą. Nadchodzi ciężka walka o rankingi, współczynniki. Za pięć lat może być już takie dno, że mało kto jest w stanie je sobie wyobrazić. Już tylko Izrael, Słowenia, Bośnia, Liechtenstein, Albania, Czarnogóra, Malta (ciekawe jak długo) oraz Irlandia Pn, Gibraltar, San Marino, nie mają na rozkładzie polskich ekip. Najgorsze dopiero nadchodzi, Cracovia dołożyła kolejną cegiełkę do „trumny”.

Oto obecna – i tak już nie najlepsza – sytuacja polskich zespołów jest „napompowana” awansem Legii (pamiętajmy o fuksie w losowaniu) do LM. Za lata 2015-17 mamy 9,375 pkt. do rankingu. Drepczący nam po piętach Bułgarzy, Rumuni, Węgrzy, Słoweńcy, Słowacy, w tamtym czasie mieli czasem po 5-6 pkt. mniej. Co gorsza, porażka Cracovii powoduje, że kolejne ewentualnie (!) zdobyte przez pozostały tercet punkty, będą i tak dzielone przez 4. Po prostu będziemy mieli takiego „dwunastego” zawodnika, który w kolejnej rundzie powiększy mianownik. Tymczasem Bułgarzy, Rumuni i Węgrzy mają nadal cztery drużyny, sporo z nich ma duże szanse przejścia dalej (Valur, Valletta, Vaduz). Ranking i sposób jego konstruowania jest bezlitosny. Jeśli przykładowo Legia, Piast, Lechia, Cracovia dwa razy zremisują i przejdą dalej po karnych, a potem zremisują i przegrają, to cała federacja skończy z wynikiem 3,000. Ex aequo z Liechtensteinem, jeśli FC Vaduz wygra np. 2:1, a potem przegra 0:7 gdzieś w Sofii.

Możemy się spodziewać wyprzedzenia w 2020/21 przez cztery-pięć krajów. Warto popatrzeć na dwa ostatnie obecnie brane sezony. Widać, że gdy zacznie się liczyć bilans 2018-22, to wcale nie jest powiedziane, że nie wyprzedzą nas Gruzini, Kosowo, Bośniacy, Luksemburczycy. 36 miejsce byłoby już gwoździem do trumny. To spadek na taki poziom, przy którym nie jest już się rozstawionym z College czy innym mistrzem Albanii, Litwy. To wejście na level, w którym jest się dolosowywanym co roku do Trnavy, DACu, Astany, BATE, Aberdeen, CFR Cluj, itp. Tak trafiając wpada się w matnię. Nie zdobywasz punktów, nie przechodzisz dalej, nie skaczesz wyżej w rankingu. Trafiasz znów na lepszych. Znów w lipcu albo na początku sierpnia kończysz, znów czytasz na 90minut.pl komenatrze w stylu „hahahahaha”. Jaki z tego morał? Każdy mecz trzeba wygrać, nawet jeśli się wygrało 9:0 z filatelistami, w drugim meczu muszą być trzy punkty, bo ten brak trafi cię drugim końcem pałki za trzy lata, kiedy wylosujesz ekipę, która zrobi z ciebie marmoladę, tak samo jak ty robiłeś ją z Sanmaryńczyków. Źródło tego jest od lat znane. Tzw. taktyka polska, taktyka polskiej ligi. U siebie starać się wygrać. Na wyjeździe aby nie przegrać. Aby coś ustrzelić, a potem jakoś to będzie. Mity „zwycięskich remisów”. Ile ich było? Wembley i co jeszcze? Cementarnica Skopje?

Autor: Tomasz Grabowski.

Fotografie pochodzą ze zbiorów autora.

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz również

Close
Back to top button
Close
Close