sells gorzów
masita gorzów
StalW lewoGrabaDo kawy

Historia walki o utrzymanie

57 lat “czekała” Stal na występ w barażach o utrzymanie. W całej historii występów w elicie, która sięga właśnie … 57 lat, na palcach tak naprawdę jednej ręki można policzyć sezony walki o ligowy byt. Dodać należy, że spadek toruńskiego “Apatora” zamyka pewną epokę. Dawniej spadały po kilku już sezonach jazdy takie tuzy polskiego żużla jak Unia Leszno, czy ROW Rybnik. Gorzów trzymał się 40 lat. “Niezatapialną” niczym Andrzeja Huszczę, Polonię Bydgoszcz dopadł spadek po ponad 50 latach. Po jeżdżącym 44 lata Apatorze, nie będzie już kolejnych tego typu zespołów. Chyba że awansują Wilki z Krosna, i będą na swoim specyficznym torze walczyć jak Athletic Bilbao w Primera Division, albo ktoś utworzy żużel np. w Kielcach pod egidą Vive. Ale nieprędko to nastąpi.

Pierwszy start beniaminka w ekstraklasie zazwyczaj kończy się walką o utrzymanie, nierzadko spadkiem. Stal Gorzów przystąpiła do rozgrywek 1962 z uznanymi zawodnikami, jak Rogal (reprezentant Polski), Migoś i Stercel, coraz bardziej doświadczonym Padewskim, oraz “średniakami”, to jest Flizikowskim, pozyskanym ze Śremu Bartoszkiewiczem i Pilarczykiem. “Połamali” się tuż przed sezonem współautorzy awansu Boniecki i Słobodzian, nadzieję mógł za to dawać przybyły z Gniezna młody Andrzej Pogorzelski. Jak się okazało, był on jednym z trzech liderów zespołu. 

Już początek pokazał, że nowicjuszowi będzie bardzo ciężko. Punktów taki zespół musi szukać głównie u siebie. Działa też czasem tzw. efekt zaskoczenia. Tyle tylko, że stalowcy na dzień dobry przegrali w Częstochowie, z rywalem – jak się później okazało – w walce o utrzymanie, oraz u siebie ze Spartą (12 punktami) i Górnikiem Rybnik (17 punktami), i w czwartym meczu w Rzeszowie. W końcu w piątej kolejce gorzowianie pokonali Wybrzeże Gdańsk, a zaraz potem w zaległym meczu Polonię Bydgoszcz. W tym momencie mieli na koncie 4 pkt., Włókniarz zaraz potem odniósł drugą wygraną w sezonie, ale też we “frajerski” sposób – nieprawidłowo użyta rezerwa taktyczna w meczu z Lesznem – stracił bezcenne dwa punkty. Dalej toczyła się “korespondencyjna” walka. Stal wygrała z Unią, zaś Włókniarz z Polonią. Kluczowy okazał się dzień 26 sierpnia. 

Gorzowianie pokonali sensacyjnie mistrza Polski z Rzeszowa, natomiast “Lwy” minimalnie przegrały z gdańszczanami. W tej sytuacji “wystarczyło” wygrać u siebie bezpośredni mecz. A nawet zremisować, gdyż bilans małych punktów częstochowianie mieli tragiczny. Decydujący akt sezonu odbył się 23 września 1962. Przy ulicy Śląskiej gospodarze zdemolowali gości 62:16 i mogli się cieszyć z uniknięcia bezpośredniego spadku. Pozostał dwumecz barażowy, co ciekawe z rywalem zza miedzy, który naukę tworzenia sekcji żużlowej pobierał nie tak dawno od Gorzowa.

Również na torze uczeń nie miał nic do powiedzenia. 45:33 w Zielonej Górze w zasadzie załatwiło sprawę. U siebie Stal wygrała oczywiście jeszcze wyżej, 52:25. Przez wiele lat II ligą żużlową, w której nie było dostępu do nowych motocykli i silników, dzieliła przepaść od ekstraklasy. Bywały lata, w których beniaminek z Ostrowa, spadał z hukiem z ujemnym bilansem nie tylko małych, ale i dużych punktów, po przegraniu wszystkich spotkań, różnicą od 13 do 57 “oczek”.

Przed sezonem 1963 Stal również stawiano w roli kandydatów do ostatnich lokat. Tyle tylko, że zmieniono zasady spadku i awansu, które to miały następować co dwa lata. Był więc “czas” na zbudowanie zespołu. Oczywiście nie należało sobie narobić zbyt dużych strat. Stalowcy pojechali lepiej niż rok wcześniej (wygrali jeden mecz więcej), ale byli bliscy zajęcia ostatniego miejsca po “półmetku”. Właśnie o to chodzi, że tak naprawdę wygrali tyle samo (Sparta, Śląsk, Polonia – wszystko u siebie, Unia – “za karę” w Gnieźnie), ale z powodów proceduralnych przegrany 17:50 mecz w Gdańsku zaliczono jako walkower 65:13. W ten sposób Stal zakończyła rozgrywki na miejscu VI z 10 pkt., przed Śląskiem Świętochłowice (10 pkt.) i Polonią Bydgoszcz (8 pkt.). Tymczasem rok później ponuro było w … Lesznie. Czwarta po połowie dwusezonu Unia poleciała z ligi, gdyż przez cały 1964 rok wygrała ledwie jeden mecz.

Od 1964 roku rozpoczęła się powoli “srebrna” era Stali, która walczyła o tytuł z rybniczanami, i raz zdobyła tytuł Mistrza. Do rozgrywek sezonu 1971 gorzowianie przystępowali jako jeden z faworytów, ale rozpoczęło się fatalnie. Nie w sensie punktowym, mecze “do wygrania” były wygrane, a dwie porażki – “wkalkulowane”, ale osobowym. Ciężka kontuzja Migosia, a potem koszmarny wypadek Pogorzelskiego i zostali Jancarz, Padewski, chimeryczni Dziatkowiak i Jurasz, oraz nieopierzona młodzież. Pesymiści “zapowiadali” spadek. Skończyło się niemal … mistrzostwem kraju. Ale jeśli wspomnieć, że były to czasy dwustu szkółkowiczów, z których akurat wyskoczyło kilku utalentowanych zawodników, jak Nowak, Plech (wcześniej), Woźniak, Fabiszewski, i zaraz potem Rembas, Towalski etc., to nie ma co się dziwić, że nawet utrata liderów nie mogła spowodować zapaści. Dziś bez gościa z Grand Prix i krajowego lidera-swojaka zespół leci z hukiem. Z wiadomych powodów.

Potem nastąpiła era tzw. “złotej” Stali, która trwała do 1984r. Specjaliści zauważali jednak schyłek starej gwardii. Wyjechał Towalski, odszedł Plech, a na domiar złego fatalnej kontuzji nabawił się Jancarz. Przed sezonem 1985r. do Tarnowa przeniósł się Bogusław Nowak. Wrócił co prawda z wypożyczenia Okupski, ale skład nie dawał nadziei na walkę o coś więcej niż spokojne utrzymanie. Pozostał lider Rembas, Woźniak, nie wiadomo było, jak będzie prezentował się “Eddy”. Na szczęście dla gorzowian, trwała “dostawa” młodzieży. Franczyszyn, Świst, Daniszewski, Owiżyc, Gała, Grzelak. Już w tym sezonie dołożą punktów do utrzymania, za rok zrobią furorę w drugiej połówce sezonu, a za dwa wejdą na ligowe podium.

Walka o utrzymanie – to jest o uniknięcie barażu – toczyła się wtedy między Stalą, a Kolejarzem Opole. Śląsk Świętochłowice jeździł słabiutko. Gorzowianie wygrali siedem meczów u siebie, opolanie byli bliscy wygrania sześciu, wygrali ledwie trzy. Dwa zremisowali, a w decydującym w sumie ze Stalą przegrali sześcioma punktami. Sprawę “załatwił” w dużej mierze niezawodny Edward Jancarz. Kilka dni później udało się wymęczyć wygraną ze Śląskiem, i druga połowa sezonu była już spokojna.

 

W sezonie 1990 Stal była upatrywana w gronie, “jak zawsze”, kandydatów do medalu. Zaczęło się jednak nieciekawie, po sześciu kolejkach żółto-niebiescy mieli tylko 4 pkt., a kolejek było tylko czternaście. Liga była wyjątkowo wyrównana, niemal każdy mecz był “na styku”, nikt nie chciał spaść do dolnej czwórki, z której można było polecieć do drugiej ligi. Kiedy stalowcy “obudzili się” i wygrali dwa mecze, nastąpiła klęska u siebie z Lesznem i porażka w Rybniku, a na domiar złego fatalny upadek w Austrii zaliczył Piotr Świst. Wydawało się, że gorzowianie są w tym momencie kandydatami do zażartej walki o uniknięcie spadku. Co prawda udało się bez lidera pokonać minimalnie Polonię Bydgoszcz, ale w Lublinie nastąpił blamaż (17:72), doszła porażka u siebie z Apatorem, i dodatkowo “zdał sprzęt” Cezary Owiżyc. Pozostali Franczyszyn, Daniszewski, Gała, Grzelak, Okupski, Hućko, Paluch. Reszta była jeszcze zbyt mało doświadczona.

Szanse Stali na pierwsze czwórkę były niewielkie. Musiała ona wygrać w Zielonej Górze z dołującym, także finansowo Falubazem, ale były to derby. Dodatkowo trzeba było liczyć na to, że Motor u siebie nie wygra z Lesznem. Gospodarze ściągnęli na mecz samego Hansa Nielsena, do tego Antonina Kaspera, byli jeszcze Stenka, Śledź, Kępa, taki mały “dream team”. A jednak gorzowską Stal uratował … Roman Jankowski, który dwa razy pokonał wielkiego Duńczyka, oraz Kasprzak z Krakowskim, który przywieźli remis w ostatnim wyścigu. To była wielka sensacja. Tam gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.

Po kilku latach bycia w czołówce, srebrnym medalu i kilku czwartych miejscach, nastąpił regres. Jesienią 1997r. z Gorzowa odszedł Piotr Świst. Był to w tamtych czasach transfer roku, jeśli nie dekady. Tym bardziej, że wrażenie robiła kwota. Van Pur Rzeszów zapłacił 525 tys. zł, czyli 5,25 mld starych złótówek. Zaraz potem w gazecie ukazał się artykuł “Świśnięty bus Śwista”, a niedawny idol kibiców stał się natychmiast “zdrajcą”. Dodatkowo odeszli niechciani Staszewski i Flis, którzy w nowych klubach nagle się odnaleźli. “Szwagier” zrobił sensację w mistrzostwach indywidualnych, ocierając się o brąz, a “Roberto” w barwach Piły zaczął sezon tak, że zajmował miejsce wśród zawodników z najwyższą średnią.

W Gorzowie natomiast było tragicznie. Próbowano ściągnąć zawodników klasy Ułamka, Fajfera, Śledzia, rozmawiano z juniorami Iskry Ostrów, ale im bliżej było końca okresu transferowego, tym gorzej stały akcje gorzowian. W końcu przyszli pod koniec stycznia Waldemar Walczak i Dariusz Stenka. Wraz z “kosmicznym” Rickardssonem, krajowym liderem Bajerskim, Paluchem, Cegielskim, Franczyszynem, miał to być team walczący o złoto (sic!). Tak zapowiadał Les Gondor i nowy trener Jerzy Kniaź

Tymczasem pierwszy mecz ze Startem Gniezno zakończył się kompromitacją. Gorsza od wyniku była bezbarwna jazda nowych nabytków. Gdzieś stracili werwę i zapadli się w przeciętność “Bolo” i młodzi gorzowianie. Po klęsce w Zielonej Górze przyszła porażka z bardzo osłabioną, bo jadącą bez obcokrajowca, czyli praktycznie “w trójkę” Polonią Bydgoszcz. Nawet i to starczyło na słabiutkie Pergo, a obraz nędzy i rozpaczy potęgował widok Piotra Palucha po upadku, po którym wylądował on na głośniku na środku murawy. Nikt nie liczył na punkty w Rzeszowie, i tak też było, mecz z Piłą dawał już momentami nadzieję. Gorzowianie walczyli jak lwy, obudził się w pewnym momencie Stenka, Nizioł, masakrował gwiazdy gości Cegielski. Ale i tym razem się nie udało. 44:46. Piąta porażka z rzędu, rekord wszechczasów. Zapachniało spadkiem. Rywale – trzeba było wyprzedzić dwa zespoły, bo nie było baraży (!) – mieli: ZKŻ 4 pkt. Iskra Ostrów 2 pkt.

Nagle nastąpił “cud”. 31 maja nikt nie dałby złamanego grosza na gorzowian, jadądych w Toruniu. Tym bardziej, że na cztery biegi przed końcem było 35:31. Nagle Rickardsson ze … Stenką, który uciułał do tej pory przez cały sezon kilka punktów, wygrali 5:1. Potem poprawili Walczak z Cegielskim i Bajerski z Rickardssonem. Odżyły nadzieje na … utrzymanie. Terminarz dodatkowo sprzyjał stalowcom. Wygrali oni dwa kolejne mecze u siebie, z Iskrą i Unią, a potem ciułali kolejne punkty w meczach o “życie”, z Toruniem i Grudziądzem. Udało się także wysoko wygrać z nowym zespołem Śwista. Losy utrzymania rozstrzygały się w przedostatniej kolejce, w meczu derbowym z ZKŻ. 

Gorzowski zespół zdemolował wręcz gości, to rzadkie zjawisko, móc “spuścić” sąsiada do drugiej ligi na własnym stadionie. Fatalne wyniki z początku sezonu poszły w niepamięć. Bohaterem sezonu został Krzysztof Cegielski, który miał patent na pokonywanie najlepszych stranieri ligi.

Podobnie dramatycznie wyglądały boje Stali w 1999 roku. Zapowiadana reforma jeszcze bardziej odchudzała ligę. Utrzymywało się tylko sześć (!) najlepszych ekip, siódmy jechał w barażu, a trzy zespoły spadały definitywnie. Beniaminkowie z Gdańska (“Świnia” Rickardsson !) i Grudziądza zmontowali niezłe składy, należało się liczyć z ciężką walką o byt w nowej, zreformowanej ekstralidze.

Stalowcy zaczęli nieźle, bo zrobili komplet w kilku meczach u siebie, i na dodatek sensacyjnie wygrali w Rzeszowie, a jeździli najmłodszym składem w lidze. Wszystko szło zgodnie z planem do 15. kolejki. Wtedy to “dziadowsko” pojechali stranieri: Poważnyj i Jorgensen, i skończyło się porażką w bardzo ważnym meczu u siebie z Apatorem. Stalowcom zajrzało w oczy widmo nawet bezpośredniego spadku, bowiem na dwie kolejki przed końcem mieli oni 16 pkt, GKM Grudziądz 12. O uniknięcie barażu trwała walka z Apatorem (17) i Unią (14), pogodzone były już Start (11) i rzeszowska Stal (11).

Mecz z Lesznem na własnym torze był bardzo dramatyczny. Goście też walczyli o ligowy byt, i robili różne “podchody”. Stalowcy jechali słabo, zaliczali taśmy i defekty. Kiedy wydawało się, że jest po meczu, Bajerski z Paluchem wygrali 5:1. Szanse na wygranie dawały jeszcze korzystne wyniki w wyścigach “nominowanych”. W pierwszym z nich, przy prowadzeniu miejscowych 5:1, Adam Skórnicki “położył się” na tor, i sędzia zamiast zaliczyć wynik biegu, nakazał jego powtórkę. W nim to upadek zaliczył natomiast Jonsson, i było po “zawodach”. Nerwowy pojedynek zakończył się wynikiem 41:48, a w telewizji Vigor można było usłyszeć co myślą na ten temat kibice zgromadzeni pod parkingiem. “Do trzeciej ligi bym wysłał Bajerskiego, brak organizacji w klubie, worki pieniędzy dostają, i co my z tego mamy, lecimy bez baraży, to mamy”, to najłagodniejsze określenia, jakie można było usłyszeć. Na szczęście dla Stali Grudziądz jedynie zremisował w Pile, i zawodnicy ze Śląskiej mogli już przygotowywać się do następnego sezonu. Trzeba jednak przyznać, że lata 2000 i 2001 przebiegły w podobnej atmosferze. W wyrównanej elicie udało się dostać do pierwszej czwórki, a nawet zdobyć medal, ale pieniądze z roku na rok się kurczyły. Jesienią 2001 roku nastąpił odkładany z miesiąca na miesiąc “wyrok”.

Oto okazało się, że Stal Pergo ma wielką dziurę budżetową, i nie wiadomo za co i czy w ogóle pojedzie w kolejnym cyklu. Zimą odeszli liderzy Crump i Okoniewski, a słynne stało się powiedzenie, że zostali Paluch i Flis “jeżdżący za miskę zupy”. Do ostatniej chwili trwały pertraktacje ze Świstem i Staszewskim, a przede wszystkim próby znalezienia środków na sprzęt. Skład uzupełniali nieopierzeni juniorzy, w tym Paweł Hlib, z którym wiązano nadzieje. Zakontraktowano obcokrajowców, ale delikatnie mówiąc, średniej klasy, to jest Drymla i Jensena, potem Screena. Stal była jednym z dwóch kandydatów do spadku. Podobnie wyglądała bowiem sytuacja w Gdańsku, po odcięciu “kurka z paliwem” z Lotosu. Nie najlepiej było finansowo w Pile, ale tym przynajmniej zmontowano niezły skład.

Zaczęło się nieźle. To znaczy pierwszy bieg meczu z Piłą był udany. Świst z Flisem wygrali 5:1 z … Crumpem. Potem jednak Hampel, Dobrucki, Miśkowiak, pokazali Stali miejsce w szeregu. Porażka 20 punktami, kolejna różnicą 26 pkt. w Częstochowie, i już widać było, jakie są szanse stalowców na ligowe punkty. Liczono na wygraną u siebie z Toruniem, doszedł Jensen i po zdaniu licencji, Hlib. Swoje zrobili Świst i Paluch, zabrakło niewiele (43:47). Gdańszczanie zaś zdobyli bezcenny punkcik z Polonią Piła.

1 maja miał miejsce mecz rundy. Gorzowianie, z liderem Staszewskim, po zaciętym boju wygrali mecz “o 4 pkt” w Gdańsku (!). Cóż z tego, skoro zaraz potem Wybrzeże na własnym torze sprawiło dwie sensacje, w ciągu czterech dni wygrywając ze Spartą i Apatorem. Teraz to Stal stanęła pod ścianą. W dziesiątej rundzie musiała zdobyć dwa punkty na Wybrzeżu, a ledwie zremisowała po podwójnej wygranej “szwagrów” w ostatnim biegu. Powoli rysował się obraz nędzy i rozpaczy. Wybrzeże 6, Stal 3. Była jeszcze szansa na dogonienie przed playout rywala, ale mimo równej jazdy całego zespołu (Staszewski 9, Świst 7, Flis 7, Paluch 7, Jensen 6, Hlib 6), zabrakło “armat”, żeby wygrać z Włókniarzem. Biednemu wiatr wieje w oczy, i zawiał. Przed decydującymi meczami kontuzji doznał Piotr Świst. Na dodatek do załapania się do baraży trzeba było w zasadzie wygrać dwa mecze z Gdańskiem.

Już pierwszy z nich przyniósł “zapach I ligi”. W meczu już nie o cztery, a o tak naprawdę sześć punktów, Stal przegrała u siebie 41:49. Pecyna, Andersson, Piszcz, czy Marek Cieślewicz, nie należący przecież do “asów” pokazali Stali jak daleko jej do utrzymania. Matematyczne szanse owszem istniały, bowiem nastąpiły pewne szachy. Pilanie odebrali punkty Wybrzeżu, wygrywając 64:26 na własnym torze, by dzień później przegrać ze Stalą 37:53 (!). Istny obłęd. To nie było normalne. Wygrana w tym meczu, a także pokonanie przez Stal Polonii u siebie (jedyny raz w sezonie) spowodowały, że odżyły resztki nadziei. Resztki, bowiem Toruń odpuścił Wybrzeżu. Zostały dwie kolejki, 28 września u siebie z Apatorem, i dzień później w Gdańsku. Tylko wygrana w pierwszym meczu, albo choć remis, dawała szansę walki o wydostanie się z ostatniego miejsca w Gdańsku.

Mecz XIX kolejki przeszedł do historii jako najczarniejsza karta Stali. Screen z Flisem rozpoczęli od 5:1. Po czterech biegach było sześć punktów przewagi, po sześciu jeszcze dwa, po dziewiątym był remis. Nagle przeciętniak Puszakowski, w parze z Bajerskim wygrali podwójnie, i stalowcom zajrzała “śmierć w oczy”. Po trzynastym nadzieje zostały już praktycznie stracone, tliła się już tylko iskierka na remis w meczu. Staszewski z Paluchem nie zawiedli w biegu XIV, i do jakichkolwiek resztek nadziei potrzebne było kolejne 5:1 w ostatnim biegu. Wiesław Jaguś przedzielił Jensena i Screena i stał się autorem spadku Stali z najwyższej klasy rozgrywkowej. Dokładnie w sobotę 28 września 2002 r. o godzinie 16:37.

 

Autor: Tomasz Grabowski.

Fotografie pochodzą ze zbiorów autora.

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
Close
Close